środa, 23 stycznia 2013

Pierwszy



          Jego świat legł w gruzach. Siostra? Jego. Mała. Siostra? To było dla niego straszne. Czy to oznacza,że jego rodzice nie będą się nim zajmować? W jednej chwili znienawidził tą małą istotkę słodko uśmiechającą się w jego stronę. 

           -Ale ja nie chcę siostry! Nigdy nie chciałem!

           -Kochanie, ona Cię będzie kochała. Już Cię kocha. Będziecie się razem bawić, nauczysz jej wszystkiego...

           -Ale ja jej nie kocham! I nie będę się z nią bawić!

           Obrażony i wściekły pobiegł na górę do swojego pokoju. Usiadł na łóżku opierając się o ścianę i myślał. Jak to jest mieć siostrę? Młodszą? Czy to coś fajnego? A może wręcz odwrotnie?... Z dołu słychać było podekscytowane głosy jego matki i Sharon. 'Och, jaka ona cudowna!... Jakie ma piękne, zielone oczy! A te rude włoski!' Chłopiec nie wiedział jak dalej będzie wyglądało jego życie. Czy się zmieni? Jeżeli tak, to jak bardzo? Czy ten mały potworek wszystko zniszczy? Myślał tak bardzo długo, aż w końcu zasnął.




                Już po jakimś czasie przekonał się, że był w wielkim błędzie. Pierwszym słowem, które wypowiedziała było jego imieniem, pierwszy krok zrobiła w jego stronę. Chodziła za nim wszędzie. Wszystko robili razem, byli nierozłączni. Mówili sobie wszystko i pomagali sobie nawzajem. Nie byli dla siebie tylko rodzeństwem, byli również najlepszymi przyjaciółmi....




           Trzynastoletni chłopiec biegał po ogrodzie bawiąc się w najlepsze ze swoją siostrą w ganianego. Wybiegł na chodniczek i nagle usłyszał odgłos uderzenia o posadzkę. Odwrócił się. Deborah przewróciła się. Podbiegł do niej i w duchu modlił się,aby tylko się nie rozpłakała. Nienawidził tego. Ukucnął obok,ale dziewczynka zakrywała wszystko swoimi gęstymi, rudymi włosami.

            -Pokaż.

           -To nic poważnego. Zdarłam tylko skórę.

           -Pokaż!-Nakazał groźniejszym tonem Jeffrey.

Dziewczyna westchnęła i przerzuciła włosy na drugą stronę. Jego oczom ukazało się zdarte kolano, z którego powoli sączyła się czerwona ciecz.

           -Chodź.- złapał ją za rękę- Musimy to przemyć, bo się jeszcze zakażenie wda.

           -Pewnie, pewnie.

           -Nie dyskutuj ze mną mała.- łobuzerski uśmiech pojawił się na jego twarzy. Zaprowadził siostrę do łazienki, wodą utlenioną przemył ranę i przykleił na nią plaster.

           -No. Do wesela się zagoi! -zakpił śmiejąc się chłopak. -No to się już nie pobawimy...

           -Nauczysz mnie grać czegoś na gitarze?

           -Dobra, chodź.

          Weszli do pokoju, który był ich wspólnym i chwycili gitary. Deborah była dobrą uczennicą. Załapała podstawy już dawno temu. Często grali razem i sprawiało im to niemałą przyjemność. Upłynęło kilka godzin i robiło się powoli ciemno. Ich rodzice już niedługo powinni wrócić do domu. Nagle usłyszeli, jak ktoś otwiera drzwi tak mocno, że wiszące za nimi lustro rozpada się na miliardy małych kawałeczków.

           -Ty tępa suko! Powinienem to zrobić dawno temu! Ta gówniara nie jest moja, prawda!? Dlatego ma rude kudły! W jakich jeszcze sprawach mnie oszukałaś?

           -Nawet nie próbuj mi wcisnąć takich rzeczy! Deborah to twoja córka! Nie wiem co Ci przyszło do głowy!

           -Puściłaś się! Taka jest prawda!

           -Nie! Kochałam Cię! I nigdy się nie puściłam! Moja siostra też ma rude włosy! Tak jak matka! To nic nie znaczy! I to TY mnie zdradziłeś! Ile razy były akcje typu 'skok w bok'?! Co?

           -Wynoś się stąd! Nie chcę widzieć ani Ciebie, ani tej drugiej suki!

           -Mówisz o swojej córce!

           -To nie jest moja córka! Tylko pewnie jakiegoś pierwszego, lepszego ćpuna!

           -Masz rację! Bo ty jesteś ćpunem! I alkoholikiem! Zniszczyłeś mi całe życie!

           -JA ci zniszczyłem życie?! Sama na to zapracowałaś! I nie jestem ćpunem! W przeciwieństwie do CIEBIE, ja jestem zadowolony ze swojego życia! Coś w nim polepszyłem! Owszem, miałem gorsze lata! Ale wyszedłem z nałogu! Dla tego małego jebanego rudzielca! I tylko tyle jej zawdzięczam! Nic więcej! Że też ci się bachora zachciało! Kolejny kłopot!

Rodzeństwo siedzące na piętrze słuchali wszystkiego z niepokojem. Nagle trzask. Spojrzeli sobie w oczy. Jeff był opanowany, a Debby była przerażona.

           -Wazon poszedł. Założymy się, kto rzucił? Stawiam na mamę. -próbował rozładować sytuację Jeffrey. Ale jego siostrze nie było do śmiechu. Przecież słyszała, jak jej własny ojciec przezywa jej od suk i zarzuca, że nie jest wcale jej córką. W jej oczach pojawiły się łzy, płynęły po jej policzkach. Bała się o matkę, o Jeffrey'a i o samą siebie. Usłyszała,że ktoś wbiega po schodach. Drzwi otworzyły się, a w nich stała jej matka. Odetchnęła z ulgą. 'Dobrze, że to ona nie dostała tym wazonem...' myślała dziewczyna. Kochała ojca, ale on zawsze wywyższał syna. Zawsze to on był najcudowniejszy, najlepszy i niczemu winny. Bolało ją to. Jeff o tym wiedział i nie chciał tego. Sprawiał same kłopoty, żeby ojciec zwrócił uwagę na Debby.

           -Dzieci, pakujcie się. Wyjeżdżamy stąd.

          Kobieta rzuciła się na szafę i wyjęła z niej dwie torby. Otworzyła szafę i w pośpiechu wkładała tam rzeczy córki, na początek. Kiedy chciała zabrać się za pakowanie syna w drzwiach stanął jej mąż z rozciętą wargą i zaczerwienioną twarzą.

           -O nie! Syna mi nie zabierzesz!

          Zaczęła się szamotanina. Jeff zabrał szybko torbę siostry, jej gitarę, złapał ją za rękę i zbiegł na dół, do samochodu. Wpakował wszystko do bagażnika i popatrzył na siostrę. Ona obserwowała go ze zdziwieniem i przerażeniem. Podszedł do niej i złapał ją za ręce. Ścisnął je mocno i spojrzał w jej oczy. Uśmiechnął się na chwilę.

           -Debbs... Trudno mi to wszystko sobie jakoś ułożyć,ale.... Musisz wyjechać z mamą.

           -CO?! Nie! Nie zostawię Cię tutaj samego!

           -Wiem, wiem, że Tobie też jest i będzie trudno,ale tak musi być. Mama zabierze Cię w bezpieczne miejsce i razem będziecie lepiej żyć. Kupicie sobie domek i będziecie szczęśliwe.

           -Jeff, braciszku... Jak możesz tak mówić!? Kocham Cię! Przecież bez Ciebie nie będzie nawet na chwilę fajnie.

           -Zobaczysz,że będzie! Jeszcze jak!

           -Ale... Kto będzie mnie uczyć grać na gitarze? Bawić się ze mną, ganiać po ogrodzie i z kim będę rozmawiała całą noc, kiedy nie będę mogła zasnąć?! NIKT mnie tak nie zrozumie, jak TY!- z każdym słowem wylewała potoki łez. Nie mogła wyobrazić życia bez jej kochanego braciszka.

           -Pojedź z nami!

           -Chciałbym. Naprawdę. Teraz jest to dla mnie największe marzenie, ale... Nie mogę! Nie widzisz co ojciec teraz robił z mamą?! Zabiłby ją! Zostanę z nim,ale obiecuję Ci. Obiecuję, że nasz kontakt się nie urwie. Przyjadę do Ciebie. Gdziekolwiek będziesz. Będę dzwonił, wspierał Cię, odwiedzał.- w tym momencie z domu wybiegła ich mama. Podbiegła szybko do dzieci i popatrzyła na nich.

           -Ale na pewno? Nie zostawisz mnie?

           -Nie, obiecuję. Będę zawsze, kiedy tylko będziesz mnie potrzebowała.

          Przytulili się do siebie jak najmocniej i nie chcieli się rozstać. Teraz płakali już oboje. Jeff zacisnął oczy, aby po chwili nie otworzyć i oderwać się od siostry.

           -Wsiadaj już.

          Powolnym krokiem zrobiła to, co było nieuniknione i wsiadła do samochodu ciągle obserwując brata. Podeszła do niego matka. Wymienili krótkie zdania i również wtulili się w siebie.

           -Kocham Cię, Jeffrey. Zrobię WSZYSTKO, żebyś zamieszkał z nami. Kocham Cię. Uważaj na siebie!

           -Kocham Cię, mamo.

          Kobieta wsiadła do samochodu i już chciała odjeżdżać, ale powstrzymał go jeszcze krzyk syna.

           -MAMO! Nie powiedziałaś mi nawet gdzie jedziecie. -Podszedł do samochodu i mówiąc to ciągle patrzył na swoją zalaną łzami siostrę. Nie mógł znieść widoku jej płaczącej. Cierpiącej.


           -Do Seattle, synku. Mam tam przyjaciółkę, jest dla mnie jak siostra.- ścisnęła jego rękę i uśmiechnęła się przez łzy.

Z domu wybiegł jej mąż.

           -Jedź już.- pogonił Jeffrey matkę, a ta zrobiła to, co radził i ruszyła z piskiem opon przed siebie. Kiedy wyjechała na autostradę, która była oddzielona o kilka minut spojrzała na swoją córkę. Nadal płakała. Złapała ją za dłoń. Spojrzała w zielone oczy córki i pocieszająco się uśmiechnęła.

           -Jakoś nam się ułoży.



Prolog

Pierwszy raz piszę coś takiego, ale mam nadzieję, że komukolwiek się spodoba. Nie wiem jak będzie z rozdziałami. Mam to opowiadanie już zaczęte, ale jak będzie po feriach nie mam pojęcia... Nie przedłużając: miłego czytania!


_________________________________________________________________________________



          Dwuletni chłopiec leżał skulony na łóżku tuląc do siebie z całej siły misia. Usłyszał, że ktoś podjechał pod dom. Przetarł oczy swoimi małymi rączkami. Było wcześnie rano. Bał się. Nie wiedział co się stało jego mamie.

          Wczoraj wieczorem upadła na ziemię i krzyczała coś o jego tacie. Mały się przestraszył. Pobiegł jak najszybciej schodami na górę, wskoczył na łóżko ojca i obudził go. Ten słysząc głosy żony zerwał się i wybiegł na dół. Chłopiec pobiegł za nim. Widział,że jego tata podnosi mamę, bierze ją na ręce i kieruje się na dwór. 'Mamusiu!' krzyknął tylko chłopczyk i dalej człapał za rodzicami. Ojciec położył kobietę w samochodzie i już miał jechać, kiedy przypomniał sobie o swoim synku. Wysiadł zdenerwowany z pojazdu i zwrócił się do niego 'Wracaj do domu. Zadzwonię do mojej siostry i się tobą zajmie. Zamknij drzwi i nikomu nie otwieraj!'. Ponownie wsiadł do auta i odjechał z piskiem opon. Chłopiec stał jeszcze chwilę i próbował zrozumieć, co stało się jego mamie. Kilka minut później wrócił do domu i tak jak ojciec mówił, zamknął drzwi. Jak na trzylatka był bardzo samodzielnym dzieckiem, potrafił zrobić to, czego dzieci w jego wieku nie potrafiły. Ale on tego nie wiedział. Nie miał kolegów czy koleżanek. Dla niego wszystko co robił było normalne. Usiadł w fotelu naprzeciwko drzwi i czekał, aż przyjdzie ciocia Sharon. Lubił ją, ona zawsze z chęcią zajmowała się małym. Sama nie mogła mieć dzieci, dlatego cieszyła się na każde spotkanie małego. Minęło 10 minut i rozbrzmiał dzwonek. Chłopiec wstał niechętnie i podszedł do drzwi 'Kto tam?' zapytał. 'To ja, maleńki, Sharon.'. Po usłyszeniu jej głosu otworzył pośpiesznie drzwi i kiedy tylko ujrzał ciotkę, wtulił się w nią z całej siły. Pięć minut później siedzieli na dywanie i malec pokazywał jej swój nowy zabawkowy samochód, pokazując jej co potrafi. Kiedy chwycił w rączkę niebieskie autko przypomniało mu się coś. 'Ciociu....' 'Tak?' 'A co się stało mamusi? Krzyczała, tatuś ją gdzieś zabrał. Czy wszystko z nią dobrze?'. Ciotka słysząc to i widząc jego świecące się oczy przybliżyła się i przytuliła go. 'Tak, oczywiście. Wszystko z nią w porządku. Jak wrócą to Ci wszyściuteńko wytłumaczą'. 'Ale... Kiedy oni wrócą?' 'Niedługo, obiecuję Ci, że jak przyjadą, to Cię obudzę i razem pójdziemy się z nimi przywitać'. Chłopiec słysząc to uspokoił się nieco. Pobawił się jeszcze trochę ze swoją ciotką, ale godzinę później powiedziała mu, że czas spać.

           Minął jeden dzień. Leżał teraz i był przekonany, że wrócili jego rodzice, ale cierpliwie czekał aż przyjdzie Sharon. Kilka sekund później do pokoju weszła ciotka i gładząc malca po główce mówiła cicho 'Kochany, wstawaj. Rodzice wrócili'. Słysząc to, zerwał się z łóżka i pobiegł upewnić się, że jego mamie nie stało się nic złego. Kiedy był już na samym dole schodów drzwi otworzyły się. Wszedł jego ojciec, za nim matka. Chłopiec podskoczył do niej i kiedy chciał się przytulić jego ojciec go zatrzymał. Mały spojrzał na mamę. Była rozczochrana, a na rękach trzymała małe zawiniątko.

          -Jeff. To jest Twoja siostrzyczka, Deborah.